Kot v2 wiekszosc wczorajszego wieczoru spedzil na… aportowaniu. Papierka.
Przynosil go w pyszczku na biurko, kladl i czekal.
Do Kota v2 mam stosunek ambiwalentny bo – najkrocej mowiac – nie jest Kotem v1, tylko substytutem. Nie wiarza nas traumatyczne przezycia, walka z choroba, kroplowki, karmienie na sile czy chrupka po chrupce. Nie przytula sie tak czesto ani tak uroczo, nie potrafie z nim spac – ba! nawet nie chce.
Ale powoli sie do siebie z Kv2 docieramy. Po tym, jak zrobilam z Niego To (He took my balls, I took his! nie pytac – chyba, ze koniecznie chcecie wiedziec) w sposob oczywisty spokojnieje i odkrywa uroki przytulania (naturalnie jedynie wtedy, gdy sam tego chce, co mnie potwornie irytuje).
Ale ja i tak chce… Kota… strasznie.
Mam wyrzuty sumienia, ze go zostawilam – wciaz.


“wiążą” 😉
co jak co, ale słówko “wiązać” chyba wiesz jak się odmienia i pisze 😀